Jak zorganizować niedrogie rodzinne wakacje, które zadowolą zarówno Wasze pociechy, jak i Was? Czy da się zaspokoić Waszą duszę podróżnika, jednocześnie zapewniając moc atrakcji dla Waszych dzieciaczków? Tak, da się! Dla nas takim rozwiązaniem okazała się rodzinna objazdowa podróż samochodem po Europie. Brzmi szalenie?
Boli głowa na sama myśl długiej jazdy z dzieciaczkami wiercącymi się niecierpliwie w swoich fotelikach? Już spieszę, aby Wam oznajmić, ze tak być nie musi!! Nie musicie rezygnować z możliwości zobaczenia wielu ciekawych miejsc podczas jednego urlopu tylko z obawy przed niezadowoleniem Waszych maluchów! Dzieci wprost uwielbiają przygodę i wierzcie nam, potrafią dużo wytrwać, aby jej doświadczyć!
In English? To get the gist of this post in English, here’s the unedited text: “By car across Europe with small children” using GOOGLE Translator–savior of these semi-nomadic travelers .
48 dni. 7 tysiecy km… ..w trasie z trzylatkiem i sześciolatkiem, czyli family roadtrip

Tak właśnie, dziesiątki, a właściwie setki godzin spędzonych w aucie.. tak, istne szaleństwo! Tak mi się przynajmniej wydawało na początku. Wtedy byłam wręcz przekonana, że moje młodsze dziecko jest uczulone na fotelik samochodowy, że to nieuleczalna przypadłość, bo nawet smoczek i worki słodyczy nie pomagały jak wsiadaliśmy do samochodu. Beksa była od razu. Więc, kiedy mój mąż wpadł na pomysł podróży autem z naszego przytulnego hiszpańskiego gniazdka do Polski i z powrotem, mój pierwszy odruch to puk puk w czoło.. drugi odruch, to upewnienie się, że mamy wystarczająco dobre zatyczki do uszu, żeby uniknąć decybeli, które wydobywają się z Kaja gardziełka, jak siedzi w aucie. Jeszcze musiałam przetrawić fakt, że w związku z ograniczonym budżetem będziemy spać głownie w namiocie! Hmm.. i to jeszcze po raz pierwszy wspólnie z dziećmi! W końcu jednak ciekawość świata i dusza podróżnika wygrały. Taka okazja się może nie powtórzyć! Miałam ćwiczyć bycie pozytywną, wiec to jest właśnie ten moment. Jedziemy!

Podekscytowanie wisi w powietrzu. Jeszcze nie widzisz, ale już czujesz.
Karolek, nasz starszy syn był tak zaaferowany perspektywą spania w namiocie i używania latarek, że właściwie w ogóle nie myślał o tym, że będzie musiał wysiedzieć conieco w aucie prawie każdego dnia, żeby na tym polu namiotowym się znaleźć. Jazda w nieznane, bycie tak blisko natury, jak się tylko da (przy naszych możliwościach) oraz perspektywa pływania czyniły go od razu szczęśliwym. Nie da się również ukryć, że choć niechętnie, to rozumiał logikę mamy, która mu tłumaczyła, ze warto wytrzymać ból kości ogonowej od czasu do czasu spowodowanej siedzeniem w aucie, aby doświadczyć przygody.

Ruszamy na podbój Europy!
Dzień pierwszy. Wyjeżdżamy później, niż zakładaliśmy, ale przynajmniej jest szansa, że maluch nam zaśnie i pierwszy dzień w podroży będzie bezbolesny. Tak, pamiętam, żeby pozytywnie myśleć! Wiecie co, chyba zaczarowałam dziecko, bo tak właśnie było! Kaj spał przez większość czasu, a jak się obudził, to na twarzy pojawił się uśmiech.. Hmm.. coś tu nie gra.. nic, nie wywołuję wilka z lasu.
Magia prysnęła dnia kolejnego, a im dalej w las, pojawiały się kryzysy i samochód czasem się trząsł od krzyków dziecka. Wszyscy jednak byliśmy tak podekscytowani kolejnymi wrażeniami, ze jakoś dało się przetrwać, a czasem nawet przekonać malca, ze atrakcje go czekające są warte poświecenia. Pomocne okazało się również śpiewanie piosenek, opowiadanie niestworzonych historii posiłkując się obrazami za oknem, a także przenośne DVD. Zabrzmi to może zbyt prostolinijnie, ale naprawdę każdego dnia było coraz lepiej. Dzieci zrozumiały, ze nie mają za bardzo wyboru, więc instynkt im nakazał, aby się przystosować.

Dziecięca elastyczność i łatwość adaptacji
To właśnie jest myśl najbardziej istotna. Dzieci potrafią się przystosować do nowych warunków relatywnie szybko. Zaryzykuję stwierdzeniem, że szybciej niż my, dorośli. Widać to na przykładzie z robalami włamującymi się do naszego namiotu – jeszcze niedawno strachliwy Karol potrafił sam wyeliminować „zagrożenie”, podczas gdy ja skakałam jak zając przy każdym bliskim kontakcie. Ważne, żeby przedstawić sytuację w najbardziej ciekawy sposób, nawet kiedy z nieba leje się deszcz, a trzeba rozłożyć namiot. Six często opowiadał historie o starożytnych rzymianach, którzy na polu bitwy spali pod namiotami i sporo wędrowali; albo o ninja (nasze dzieci są pod wrażeniem tych dobrych ninja), którzy musieli zachowywać dyscyplinę, trenować i być w stanie przetrwać trudne warunki bądź niewygodę. To im imponowało i często uspokajało w chwilach kryzysu. Po tygodniu w drodze, nie było w ogóle już dyskusji o tym, żeby jechać dalej.

Wesoła niewygoda
Namioty. Zero problemu. Poważnie, ani razu w ciągu 48 dni w drodze dzieci nie narzekały na spanie w namiotach. Cos niesamowitego. Ja potrzebowałam 15 minut, żeby rozgrzać stare kości i podnieść się rano z namiotu, a dzieciaki budziły się po prostu przeszczęśliwe. Jeśli na campingu był basen, to nic więcej im nie było trzeba. Radość dzieci rekompensowała wszelki dyskomfort. Nie mówię tego jedynie z dobrego matczynego serca, ale z prostej zależności: jeśli dzieci nie marudzą, to rodzice są szczęśliwi. As simple as that 🙂
Mali pomocnicy
Jednym słowem, jesteśmy bardzo dumni z naszych dzieciaków, że przy minimalnej ilości histerii i płaczu i generalnie z uśmiechami na buziach przetrwali tak długą i nieco szaloną podróż. Dumni jesteśmy także, ponieważ dzieci poznały bardziej siebie i swoje możliwości. Nauczyły się również samodzielnie myć naczynia na błysk, robić ręczne pranie i je rozwieszać, kroić warzywa na sałatkę; a co ważne, robić to wszystko z widoczną przyjemnością. Myślę, że ich przyszłe żony nam kiedyś za to podziękują.
Wniosek się nasuwa sam, jeśli nasz Kajus i Karolek dali radę, to inne dzieci też mogą! Happy camping!

Dzielenie się jest dbaniem o innych! Subskrybuj poniżej! Szeroki uśmiech!
