summer camping roadtrip across europe

“Hey, Babe! What do you think about driving up to Poland this summer?”  Here’s another one of those wild ideas that enters the 1.2-kilogram, gray matter inside my hard head, flutters its fairy wings, grab on to a chunk of dying amygdala-gobbledygaga while in there, and just won’t let go!

“Are you crazy?”  We live over 3,000-something kilometers (that’s closer to 2,000 miles for you ‘Mericans) away in Spain and Kaj (our little runner of joy) hates getting into a car, gets stubbornly mad seating down and could cry for hours (not that we tested this ; ) until he gets what he wants!  One time, we had to detour from a trip because he wanted ketchup with his fries and would not stop crying “keeeeeeeetchuuuuuup” in an amazing combination of wailing, complaining and suffering reminiscent at times of a flamenco style called seguirillas or even saetas…  The whole stop and search for a freakin’ ketchup took two hours!  So, yeah, I do get my wife’s concerns!

“Better yet, we’ll take our time but not take any toll roads!…  We can even go camping!”  Yup, at that point of the conversation, I might as well go all out and push it.

Happy wife.  Happy Life.  And in order for wife to be happy, I’ve learned, in my own special stubborn way, to address her needs and the needs of the love of her life–our children!  Hers is the need to travel, discover and see the family.  The children’s? Well, they really don’t have much apart from Pavlov’s basics.  Come to think of it… Kaj and Karol (K+K) DO NEED to have old skool children’s play and veer away from the endless parade of mind-zombifiers on YouTube, Netflix and the good old TV.

They need to be able to be in a car for long periods of time.  They need to explore and discover…  They need to hit the road as much as I do!  After all, we are self-elected nomads of the cyber age, like others who are already out there!  We need to ROAM FREE! (okay, okay, I’m getting carried away here, just a bit).

So, back to reality.  Here’s the plan (Plan 333):

Drive up to Poland.  Stay.  Drive back down.  3 weeks up.  3 weeks in.  3 weeks down.  Simple enough, is how my accentuate-the-positive-ignore-everything-else kind of outlook sees it, doesn’t it?

Besides we need to get the heck out of the Andalucian summer sun-curse (unlike last summer when it was too hot to even think while I was steeped in a puddle of my own swampy summer sweat, even in the shady confines of our un-airconditioned apartment.

Why the timeframe?  We don’t have to work this summer (nice, eh?) but need to be back for the start of school.

Take no-toll roads.  Why?  The last time I drove across Europe, I sped through it all, pushing pedal-to-the-metal and all my kilograms of euro-coins went down the drain of toll roads, especially France!  Besides, we do have time to travel an average of 4 hours per leg.  So, we might as well take it easy, take it slow, and enjoy life on the road, unhurried.

Visit places that are no more than 4 hours apart on average.  Why?  K+K won’t take any more than that.  They’d go restless and I’d go nuts when they start losing it during the drive.  Kaj in particular cannot stay seated in a car for more than an hour at a time (unless he’s sleeping!) much less hours and days on end.

Cut the drive in half.  Stop somewhere for food, fun and maybe some fact-finding (any place with a playground would do, or an off-the-beaten place to explore if it were solely up to us–parents).

Find cheap accommodation.  This is a tricky one.  It is summer season.  The cheapest way to go is by camping–tricky too as the kids have not tried sleeping out of beds (unless they fall or pass out, out of tiredness), much less outside, in a tent and on the ground.  Hmmm.  Need to think about this some (more later).

Oh, and ahhhh… this has to be a child-friendly trip.  That means sights and stops with playgrounds and more stuff to do with children than, say, pub crawls and past-midnight growls.

From where we are, going northeast through Spain… Andorra, France, Switzerland, Liechtenstein, Germany, and Czech Republic, (and some 3-thousand something kilometers and over 3 weeks later). . . Polska, here we come!

Up next: What do we need for a 6-week camping and roadtrip across Europe and how much will it cost?

CREDITS: Modified partial map of Europe taken from “Maps” by Aleksandra Mizielinska and Daniel Mizielinski; published by BIG PICTURE PRESS. Thanks!

Advertisements

One way ticket.. to Lisbon

One way ticket..

One way ticket, one way ticket

One way ticket, one way ticket

One way ticket, one way ticket to the blues.

Choo choo train

Tuckin’ down the track

Gotta travel on it

Never comin’ back

Ooh, ooh got a one way ticket to the blues.

Boney M – One way ticket

Fado  in the Alfama district of Lisboa/Lisboa/Lisbona
Fado in Lisbon/Lisboa/Lisbona #freeelectrons.family

Tak właśnie było, tylko w naszym przypadku mieliśmy one way ticket do Portugalii!  Ten pierwszy etap naszej wielkiej podroży przebiegał w jak najbardziej pozytywnym rytmie piosenki Abby.  Jak tylko samolot portugalskich linii TAP (przy okazji:  polecam! dobra jakość i jeszcze lepsza cena) wylądował w Lizbonie, serce zabiło szybciej z radości.  Poczucie, ze jestem u siebie, w Europie było niepowtarzalne!  Expaci pewnie je znają!

Decyzja, żeby lecieć najpierw do Lizbony była dość prosta ze względu na ceny biletów.  Zawsze wydawało mi się, ze trzeba rezerwować bilety w obie strony, bo inaczej ceny szybują do nieba;  myliłam się!  W wyszukiwarce zaznaczyłam po prostu pole „one way” i nagle moje oczy i kieszeń bardzo się ucieszyły widząc sumy rzędu $300 (a nie $1200 za bilet, jak dotychczas).  Uświadomiłam sobie, ze przecież wcale nie potrzebuje biletu powrotnego!!  Heh..  Bilety kupione, wiza męża załatwiona (w Hiszpanii lubią turystów, także nie było problemu z formalnościami; szczegóły opisze Six), dom przygotowany, walizy spakowane.. w drogę!

Portugalia przywitała nas niesamowicie serdecznie!  Cudownie otwarci ludzie, a także mówiący po angielsku bez większych problemów! Z lotniska odebrał nas przemiły młodzieniec Joao, który zawiózł nas do naszej kwatery airBnB (odbiór z lotniska zorganizowany był przez właścicielkę mieszkania, które wynajmowaliśmy).  Wystąpił mały problemik, jak ów młodzieniec zobaczył podwójny wózek, 2 sadzonka do samochodu, 3 duże walizy, 4 małe walizeczki, no i dwójkę dzieci, tatę i zajmującą podwójne miejsce ze względu na rozmiary mamę, czyli mnie.. heheh..

Twarz mu nieco pobladła.  Ale nie wahał się za długo, wziął telefon w obroty i w przeciągu 10 minut zorganizował drugie auto (swojej mamy; dodam, ze za tę sama cenę).  Niesamowity!  Po drodze do naszego lokum, zdążył nam opowiedzieć, co należy koniecznie zobaczyć w mieście, gdzie zjeść dobrze i tanio, a także o swoich planach na życie!  Super facet.

plenty of space to run around in the first days of Spring at the Commerce Palaza
run free at Praça do Comércio #freeelectrons.family

W Lizbonie spędziliśmy tydzień wypełniony po brzegi spacerami, zwiedzaniem, jeżdżeniem typowymi żółtymi tramwajami, które notabene jeździły szybko jak szalone, a także wspinaczka po siedmiu wzgórzach, na których położone jest miasto.  Parę praktycznych uwag – trzeba się przygotować, ze ze względu na pochyłości, wózek się raczej nie przyda w tym mieście.  Dla maluchów polecamy chusty, nosidełka, itp.;  chyba, ze macie mięsnie z żelaza i wytrwałość, by pchać wózek przez większość czasu pod górkę, albo gonić, jak spiernicza z górki na pazurki, bo się człowiek zagapił…  zdarza się każdemu, nie?  Druga rzecz, to wygodne buty.  Obcasów to z plecaka nie ma co wyciągać – ale to na pewno już wiecie.  Następna sprawa, to proszę sobie ładnie kupić bilet komunikacyjny na 24h, bo nic innego się nie opłaca.  Obejmuje on metro, autobusy i te sławne żółte tramwaje.  Pełen wypas, łącznie z faktem, ze, jeśli się podróżuje z dzieckiem, to macie miejsce siedzące zagwarantowane, nawet jeśli szpilki się nie da wetknąć, bo taki tłum.

Ludzie są niesamowicie uprzejmi i nawet babcie, czy dziadkowie ustępują miejsca dzieciom.  Nie odmawiajcie, bo to nie jest zwykła uprzejmość, tylko wrodzona, niewymuszona kultura osobista.  Na deser proszę sobie zostawić wyjście na koncert Fado w Alfamie (dzielnica słynąca z najbardziej utalentowanych artystów, gdzie ich przejmujące glosy rozbrzmiewają w malutkich uliczkach i niesione przez wiatr docierają do uszu okolicznych spacerowiczów).  Fado, podobnie jak flamenco w Andaluzji, to niespotykana nigdzie indziej w swojej oryginalnej wersji melancholijna pieśń, wykonywana przy akompaniamencie dwóch gitar.  Trafia prosto w serce!  Przekonajcie się!

Lizbona jest cudowna, ludzie są naprawdę przyjemni i życzliwi.  Nie ma, co się zastanawiać, czy warto jechać – WARTO!

Tram 28 - a nostalgic ride and a savior of big-baby-carrying fathers!
Tram 28 – a nostalgic ride and a savior of big-baby-carrying fathers! FB:@freeelectrons.family

Rodzinnie, można, a wręcz trzeba zobaczyć następujące atrakcje:

Pavilhao de Conhecimento.  Pawilon Wiedzy po naszemu.  Super sprawa.  Muzeum interaktywne, wiec większości ekspozycji można dotknąć, podmuchać, powąchać, zjeść raczej nie, ale i tak jest bardzo ciekawie!  Dla małych i dużych i tych średnich!  Jest mały plac zabaw w środku, a właściwie jest to plac budowy dla dzieciaków.  Moje łobuziaki bawiły się tam świetnie.  Polecam.  (bilety 9€ dla dorosłych, 6€ dla dzieci 3-11 lat).

Lisbon Oceanarium (darmowe dla dzieci do 3 lat; 10,80 € dla dzieciakow pomiędzy 4-12 lat; 16,20 € dla dorosłych, drogo).

Kolejka linowa, która kursuje nad Parque de Nacoes, który był wykonany specjalnie na Expo 1998 (teraz trochę jest w rozsypce, ale jazda kolejka jest przednia), Telecabine Lisboa znajduje się zaraz za oceanarium.  Najlepiej kupić bilet one way (w rytmie piosenki Abby, spróbujcie, bo to fajne uczucie).  Jak ktoś bardzo chce wrócić do punktu początkowego, to spacerkiem będzie również przyjemnie, a jak ktoś chce po prostu jechać dalej, to stacja metro jest niedaleko (one way ticket kosztuje 3,95€ dla dorosłych, 2€ dla dzieci w wieku 7 – 12, poniżej 7 lat za darmo).

Castelo de S. Jorge, super widoki!  Nie przegap!  Troszkę się napracujesz, żeby tam, dojść, ale warto!  Uwaga na wolno chodzące i atakujące pawie, które zjedzą wszystko, co zauważą i zakwalifikują, jako pokarm, chować wszystko!  (bilety 8€, dzieci do 10 lat wchodzą za darmo).

Tramwaj 28.  Ten tramwaj jest na większości pocztówek z Lizbony, wiec po prostu trzeba się nim przejechać i już!  Trasę ma bardzo urokliwa, także czas nie będzie zmarnowany.  Poza tym macie przecież te bilety całodobowe, wiec nie trzeba nic dodatkowo płacić, wiec nie gadaj już nic, tylko wsiadaj!

Santuario Nacional de Cristo Rei.  Robi wrażenie!  Poza tym sama podróż jest frajda dla dzieciaków, bo najpierw trzeba przedostać się promem na druga stronę rzeki Tag (Cais do Sodré to nazwa zarówno przystanku promu, jak metra: zielona linia) i później wsiąść w lokalny autobus (numer 101, przystanek zaraz niedaleko miejsca, gdzie dopływa prom), który dowozi na sam szczyt góry, na którym stoi statua Pana Jezusa.  Widoki śliczne.  Miejsce doskonale na chwile refleksji, przy współpracy dzieci oczywiście.

To wszystko?  Nie!!  Jest dużo, dużo więcej!  Powyższe miejsca są jedynie propozycja na zmaksymalizowanie czasu rodzinnego podczas pobytu w Lizbonie.  Pamiętajcie, to miasto mas jeszcze wiele innych skarbów!

Dedicated to Women: Saeta en la Iglesia de San Miguel, Jerez (International Women’s Day 2018)

I had been meaning to write about flamenco and share some experiences that may help you navigate through the dizzying number of shows and activities during the Festival de Jerez 2018 (23 February to 10 March). . . but you know, two kids and life have a way of getting ahead of everything else.

Then, last night as I was walking through the empty Plaza San Miguel to take the trash and recyclables out to the bins located a block away, in a small plaza just across from the Convento de San Jose, I heard an all too familiar calling for us flamenco enthusiasts.  Or was it a cry.

As I entered the little “echo” street that marks the beginning of calle Barja, a cantaora’s (a female flamenco singer) voice soared to the bell tower, cut through the silence of the plaza, and reverberated through the rain-wet walls of the buildings and bodega nearby.  Not a whisper nor a word could be heard, just my footsteps bouncing through the echo street with mechanical-sounding early reflections.  A strange combination.  A pleasant destination.

CAM04913
Dedicated to Women  #freeelectrons.family

I dumped the trash and emptied the recyclables–bottles and one milk brick (carton) by one–as an exercise in mindfulness in action.  Then the angelic voice turned into a coarse cry.  Crying out to whom?  I don’t know.  And from where?  I sought to find out.  I was in my pajamas–too lazy to change tonight.

And then, it died out. The voice, that calling. . . and there it was again, through the cracked open doors of Iglesia San Miguel (church of San Miguel).  I walked through the outer doors but hovered, hesitating, by the entrance.  After all, my wife’s not gonna like it if I walked in a church, much less our church, in my pajamas.  So, I cut the corner of the cracked-open door and took a peak.  If God or the Russians were watching, I must have looked like a speedy-gonzalez-spy-in-training… and not a good one at that!  It was a church full of solemn people, attentive to the cries of the saeteros (those who sing a specific style of flamenco, religiously themed, unaccomapnied by guitar or palmas or anything else but the echo of the voice.  Saeta itself, loosely translates to “an arrow straight to the heart of God,” traditionally only sung during the Holy Week).

I confirmed through the poster that it was a night of Saeta with 4 saeteros, dedicada a l a mujer (in honor of women) on International Women’s Day when millions of women joined strikes across Spain.

What to do.  What to do?  Well, out of respect for the church and fear of my wife, I decided to run back home, change, brush my teeth and get a little bit civilized.

At the church…. I sneaked to the rearmost pew towards the end of Jose Sandoval’s (from Utrera) lamentations, followed by Maria Almendro‘s (from Malaga) piercing penitence.  The exultadera Susana Esther Merino broke the wailing with her prose of exultation.  For non-Spanish speakers this part could have been a bit too long at about 30 minutes, but she hit the desired effect as the crowd applauded at the peak of her exultations.

A tocaor (guitarist) played a Solea and that’s when I noticed the great local guitarist Paco Cepero, siting by himself on an empty pew on the side towards the back of the church.  Then everyone played again, beginning with Maria, and including Juan de Mairena (from Mairena).  Then, that mournful beauty of a voice that called me into the church, came back.  It was Elu de Jerez.  The power of her mourning cut through the dome and straight to the heavens, from a whisper to a scream, like a thunder in reverse direction.

I never heard of her before this.  Clearly she was a cut above the rest.  You do not need to understand what any of them are singing to feel the power of their prayers and agonies and lamentations.  When the hairs on your nape and on your arms start to depart from your skin at the sound of saeta, you will have felt it and know what I meant.  No words will have been needed. It is what they call flamenco puro.

Pleasant surprises, such as this, abound here in Jerez de la Frontera.  You can immerse yourself in flamenco.  It is simply everywhere and it is free (for the most part that is)!  I simply went to take the trash out and came back. . .well, renewed to say the least.

Pena Buena Gente has an upcoming Saeta concurso (contest) on 10 and 16 of March (at 2100) at the pena itself.  The FINALS will be held at 2030 on 24 March at Sala Compania.  Entrance is FREE but do get there early, and PLEASE DO contribute to the local economy by consuming something.  For future reference, there was also a saeta held at 2100 on 09 March at the Iglesia de San Mateo (in the heart of the old historic center–casco historico).  I am sure there are others and I will post them when I come across the info.

test audio clip of toca por Solea and Maria Almendro’s saeta (11 minutes):

Download Voice00155

Quit the job, clear out the house, move to another country and live your dreams! . . . But wait, wait! What about the kids?

We are free electrons family — a traveling, semi-nomadic, roaming family.  And this is about our little family’s search for a happier life.  So, we finally did move to Spain from the United States.  How did we do it?  We’ll write all about it here.

freeelectronsfamily
happy to be free… electrons!
Ok, OK!  We are not exactly like the electrically charged particles circling the outskirts of an atom.  But like those free electrons, we are in a sense free.  Free to roam.  Free to live in the outskirts, unbounded.  And yes, you can too, if you want!

It was not easy.  In fact, it’s almost mad! I mean, to leave a comfortable life with a highly stable job in a major city that has got practically everything a family needs–a little house, 3 cars, a good school for the kids. . . and move the entire family to another continent, to a country where you don’t speak the language, with one luggage a piece, with limited money and no job prospects!?! 

Well, now that I’ve put it this way, I must agree it’s nuts.  But (and a big BUTt at that) as my former best-boss-I-ever-had put it, shortly after I handed in my resignation on 19 January 2017, “Life begins at the end of your comfort zone.”

life begins at the end of your comfort zone by Neal Donald Walsch #freeelectrons.family
A family’s search for a happier life #fef

We quit a fast-paced life in the United States to enjoy lots of time together in sunny southern Spain.  Back home, time spent with our 2 small children and each other was often never enough.  I (dad) worked full-time managing research teams and technical projects for Uncle Sam while my wife worked double full-time at home.  At best we had 2 hours of family time at the end of the day when everyone was tired and at the terminal end of their patience. 

Then, weekends would come and we’d squeeze in some family trip somewhere and try to catch up with family and friends, all the while running about, trying to keep up with seemingly ceaseless march of honey-dos and household chores.  Looking back, it seemed that all our time was mostly spent trying to temper what nuclear engineers would call LOCA (or a loss of cooling accident).

So, it was time to go.  We decided to be free, to live a life less complicated and to roam wherever we want in a modern nomad kind of way.  In the process we have learned a thing or two (some the hard way) that may help you and your family in your travels or should you decide to jump ship altogether. . . and just go! 

So, this is for you. You, who may have been thinking about doing something similar.  A life-changing move.  We’ll write about the pains, pleasures and practicalities of raising two small children in another country without knowing how to speak the language and without set jobs to start with.  “Life begins at the end of your comfort zone“, indeed!

And for you, who may be planning a short family trip to southern Spain–where we are now.  We review family-friendly places, activities, and things-to-do in this area and wherever else we visit, from a foreign-family perspective.  As you know, if you do not speak the local language, family travels can be a bit more challenging than usual.

For you too, who like flamenco as we do.  After all we are in the cradle of it, or at least at the birthplace of the Bulerias, Jerez de la Frontera–the land of sherry, flamenco, fighting bulls and dancing horses.

So here we are now… for now.  We hope you pick-up a thing or two and get inspired to discover your own ways… … … to be free.

free electrons family #fef
#freeelectrons.family's big move from a big city bustle of Washington D.C. to a quieter Jerez de la Frontera, Cadiz, Andalucia, Spain
#freeelectrons.family, big move from a big city bustle of Washington D.C. to a quieter Jerez de la Frontera, Cadiz, Andalucia, Spain

ZZA OCEANU NA STARY KONTYNENT!! OPERACJA SPEEDCLEANING

Co??  Przeprowadzamy się do Europy!!!??!!!  Jasne!  No to już!

Ty.. a jak to wszystko zrobić?..  Jak to zorganizować??  Przecież mamy dom, samochody, wynajęte schowki pełne rzeczy (typowe amerykańskie storage), ubrania, książki, rowery, no właśnie…  tysiące przedmiotów o mniejszej lub większej wartości sentymentalnej, czy użytkowej, ale ostatecznie w większości rzeczy, BEZ których DA się żyć! 

Zaraz, zaraz..  da się?  Tak, właśnie, da się żyć!  Yes, we can! Jak to mówił nasz amerykański stary dobry prezydent!  Bo przecież, na co mi te pudła rupieci, które stoją w garażu, a do których nie zaglądałam od miesięcy…  albo i lat; bądź meble, które kupione gdzieś kiedyś okazyjnie, a na które nie było nigdzie nigdy tak naprawdę miejsca… zagracające schowek, za wynajem którego płacimy!  Pudla z duperelami, sterty ciuchów, torebek, butów, starych koców, zabawek, ciuszków (bo może będzie następne dziecko), ozdoby, doniczki, pierdoły!!!!!!!

Na co to wszystko?  Im więcej, tym lepiej?  Hmm…  Naprawdę??Przekonanie, ze bez tego wszystkiego da się żyć nie przyszło od razu.  Bywało ciężko.  Były wątpliwości.  Jak z każda poważną zmianą w życiu, są momenty słabości.  Dopadały mnie one na przykład wtedy, kiedy sortowałam ubranka moich dzieci, które przywoływały tyle wspomnień;  albo z dumą przypominałam sobie pierwsze zakupy w USA, na które wydalam pokaźną część pierwszej pensji zarobionej w Stanach… 

Zawsze jednak w głowie miałam mocno wytyczony cel – żyć szczęśliwie w Europie.  Świadomość, ze życie mojej rodziny będzie lepsze, bo my wszyscy będziemy tam o niebo szczęśliwsi, dawało mi kopa w zadek 🙂 Po raz pierwszy w życiu czegoś byłam tak pewna – wyjeżdżamy!  Wszystkie pozostałe elementy miały mi w tym tylko pomóc.  Rozumując w ten sposób, pozbywanie się rzeczy miało mi umożliwić wynajęcie domu, a docelowo dać finanse na wyjazd i utrzymanie za granica.  Czyli wszystko gra. Dostaje, czego chce 😉

Do sprawy podeszłam systemowo.  Najpierw storage.  Później garaż.  Na kocu dom.

Dało się.

IMG_0142
#freeelectrons.family + chillin’ at home during “Operation Speedcleaning”


Storage.  O tym można by napisać książkę!  Storage w Stanach to rzecz święta!  Prawie każdy wynajmuje schowek na rzeczy, które się nie mieszczą w domu.  Przynajmniej osoby mieszkające w miastach, gdzie domy są często szerokie jedynie na wyciągniecie ramion, a przestrzeń jest bardzo ograniczona.  Bardzo normalne.  Nie oceniam, bo sama korzystam z tego rozwiązania.  Problemem było to, ze mieliśmy nie jeden, tylko trzy różne schowki, za które uiszczaliśmy opłatę miesięczną.  Straszne!  Może i bym miała na to wytłumaczenie, ale to nieważne.  Po prostu tak było. 

Teraz rewolucja.  Wszystkie cenne rzeczy w naszym posiadaniu, których nie sprzedajemy, nie wydajemy (łącznie z tymi w garażu i w domu) musza się zmieścić do jednego storage i już.  Następuje selekcja.  Początki są trudne, bo przy każdorazowym otwieraniu torby, czy pudla odnajduje książki, które uwielbiam;  zabawki, które taka radość przynosiły moim dzieciom; ulubione ciuchy (za małe!), itd.  Moja rada – wypij dobra kawę, zrób sobie przerwę i pomyśl, że nic nie musi być spisane na straty.  W ostatecznym rozrachunku, to Ty wygrywasz, bo rzeczy, które Tobie służyły, przydadzą się innym, a Ty w zamian dostaniesz albo nieco $ albo satysfakcję, że możesz pomoc. 

Wszystko, co posiadaliśmy, starałam się zutylizować.  Wszystkie zabawki i ciuszki po dzieciach, moje lepsze ciuchy, buty, torebki, gry, naczynia, dosłownie wszystko, co było w dobrym stanie powędrowało do paczek, które wysłaliśmy na Filipiny, gdzie mieszka rodzina męża.  Wiem, ze komuś się to wszystko tam przyda.  Jeśli nie znasz osobiście kogoś, kto może skorzystać, to po prostu ogłoś na lokalnej platformie internetowej (na przykład olx), że oddasz rzeczy za darmo, a telefon zaraz zadzwoni.

Garaż.  Proces przebiegał podobnie, jak wyżej.  Różnica polegała na tym, ze rzeczy w garażu, z tytułu małego oddalenia, niby były dla nas ważniejsze.  Ale nic, jak już, to już.  To, co się nadawało, wsadziłam do kolejnych pudeł na Filipiny, reszta została ładnie wystawiona na ulice.  W Stanach jest to bardzo normalne, że ludzie wystawiają nieużywane rzeczy na ulice.  Nie ma w tym żadnego wstydu, żeby z tego korzystać.  Sama w ten sposób nagromadziłam wiele skarbów 🙂 

Na przykład, dwa wózki, ciuszki dla dzieci, ekspres do kawy, walizki – to znalazło się pomiędzy moimi znaleziskami.  Ubrania, meble i rzeczy domowego użytku są w Stanach dość tanie i ludzie kupują dużo i często.  W ten sposób, nie ma też oporów, aby się „starych” rzeczy pozbywać i kupować nowe.  Tak powstała wręcz kultura tzw. yard/garage sales, czy też wystawiania rzeczy po prostu na ulice.

Dom.  Tu się pojawiły schody.  Dosłownie i w przenośni 🙂  Wszystko wydawało się ważne i nie do wydania/sprzedania.  Trzeba było postąpić radykalnie, czyli w moim przypadku, zatrudnić męża do współdecydowania 🙂  Krótka piłka.  Wystawiamy meble, sprzęty na giełdę internetową, dajemy sobie 3 tygodnie na ich sprzedanie.  Jeśli nie będzie chętnych, wydajemy…

Poooszło! Zostały 3 walizki po 23kg każda, oraz 4 bagaże podręczne, czyli tyle ile mogliśmy załadować do samolotu.  Nie pozostało już nic innego, tylko…  do startu, gotowi, fruuuuuuuuuuuuuuu!

W telegraficznym skrócie…

50% rzeczy sprzedaliśmy poprzez lokalną sąsiedzką platformę internetowa – #MomsOnTheHill, poprzez miejska platformę ogłoszeń craigslist (polskie olx) oraz po prostu robiąc tzw. yard sale, czyli jebs przed dom i bierzta mi za grosze.  Kolejne 25% rzeczy wydaliśmy ludziom nam znanym i nieznajomym, którzy mogli z nich skorzystać, 10% zatrzymaliśmy w storage (głownie rzeczy naznaczone dość mocnym sentymentem), 10% zapakowaliśmy do auta, które wysłaliśmy do Europy, a 5% zapakowaliśmy do 3 walizek, które przywieźliśmy ze sobą do Europy.

Cala operacja trwała niecałe 3 miesiące.  W dzień przed wylotem, jeszcze czyściliśmy garaż i wynosiliśmy ostatnie śmieci.  Dom został pozostawiony w dobrych rękach firmy opiekującej się nieruchomościami.  Był tak lśniący, ze wyobrażałam sobie, ze zaraz tam kogoś oświeci i wynajmie momentalnie nasza chatkę 🙂

Nie stało się to od razu, ale stało się.  A wtedy, to my już wybijaliśmy rytm Buleria flamenco popijając lokalne wino sherry w Jerez de la Frontera…  z wielkimi uśmiechami na twarzy i lekkim sercem!

TIME. The currency of life.

Everybody knows how precious time is.  It is truly “the currency of life”.  “But unlike money, you can’t make more. You can, however, maximize each and every second you spend.”

I chanced upon the above title and quote from (lifehack.org) after searching for the benefits of Twitter.  (And NO, this blog is NOT sponsored by it).

The simplicity of this message is majestic.  I do not know anything else about Lifehack.  But I do know that this message just about sums up the reason why my wife and I moved here:  to enjoy as much time with each other and our two little boys.  To live as we should, for we cannot get it back.  As simple as that.

Tick, tock.  Tick, tock. . .  Tick, tock. . .  . . . Tick. . . . . .  . . . . . .

Photo of the first full moon of Spring over Jerez de la Frontera, through the trees of calle Porvera during Semana Santa, by Fernando "Curro" Moreno Torres.
“La Luna!” as our two-year old son excitedly yells out, proud of his new language. Photo of the first full moon of Spring over Jerez de la Frontera, through the trees of calle Porvera during Semana Santa, by Fernando “Curro” Moreno Torres.