ZZA OCEANU NA STARY KONTYNENT!! OPERACJA SPEEDCLEANING

Co??  Przeprowadzamy się do Europy!!!??!!!  Jasne!  No to już!

Ty.. a jak to wszystko zrobić?..  Jak to zorganizować??  Przecież mamy dom, samochody, wynajęte schowki pełne rzeczy (typowe amerykańskie storage), ubrania, książki, rowery, no właśnie…  tysiące przedmiotów o mniejszej lub większej wartości sentymentalnej, czy użytkowej, ale ostatecznie w większości rzeczy, BEZ których DA się żyć! 

Zaraz, zaraz..  da się?  Tak, właśnie, da się żyć!  Yes, we can! Jak to mówił nasz amerykański stary dobry prezydent!  Bo przecież, na co mi te pudła rupieci, które stoją w garażu, a do których nie zaglądałam od miesięcy…  albo i lat; bądź meble, które kupione gdzieś kiedyś okazyjnie, a na które nie było nigdzie nigdy tak naprawdę miejsca… zagracające schowek, za wynajem którego płacimy!  Pudla z duperelami, sterty ciuchów, torebek, butów, starych koców, zabawek, ciuszków (bo może będzie następne dziecko), ozdoby, doniczki, pierdoły!!!!!!!

Na co to wszystko?  Im więcej, tym lepiej?  Hmm…  Naprawdę??Przekonanie, ze bez tego wszystkiego da się żyć nie przyszło od razu.  Bywało ciężko.  Były wątpliwości.  Jak z każda poważną zmianą w życiu, są momenty słabości.  Dopadały mnie one na przykład wtedy, kiedy sortowałam ubranka moich dzieci, które przywoływały tyle wspomnień;  albo z dumą przypominałam sobie pierwsze zakupy w USA, na które wydalam pokaźną część pierwszej pensji zarobionej w Stanach… 

Zawsze jednak w głowie miałam mocno wytyczony cel – żyć szczęśliwie w Europie.  Świadomość, ze życie mojej rodziny będzie lepsze, bo my wszyscy będziemy tam o niebo szczęśliwsi, dawało mi kopa w zadek 🙂 Po raz pierwszy w życiu czegoś byłam tak pewna – wyjeżdżamy!  Wszystkie pozostałe elementy miały mi w tym tylko pomóc.  Rozumując w ten sposób, pozbywanie się rzeczy miało mi umożliwić wynajęcie domu, a docelowo dać finanse na wyjazd i utrzymanie za granica.  Czyli wszystko gra. Dostaje, czego chce 😉

Do sprawy podeszłam systemowo.  Najpierw storage.  Później garaż.  Na kocu dom.

Dało się.

IMG_0142
#freeelectrons.family + chillin’ at home during “Operation Speedcleaning”


Storage.  O tym można by napisać książkę!  Storage w Stanach to rzecz święta!  Prawie każdy wynajmuje schowek na rzeczy, które się nie mieszczą w domu.  Przynajmniej osoby mieszkające w miastach, gdzie domy są często szerokie jedynie na wyciągniecie ramion, a przestrzeń jest bardzo ograniczona.  Bardzo normalne.  Nie oceniam, bo sama korzystam z tego rozwiązania.  Problemem było to, ze mieliśmy nie jeden, tylko trzy różne schowki, za które uiszczaliśmy opłatę miesięczną.  Straszne!  Może i bym miała na to wytłumaczenie, ale to nieważne.  Po prostu tak było. 

Teraz rewolucja.  Wszystkie cenne rzeczy w naszym posiadaniu, których nie sprzedajemy, nie wydajemy (łącznie z tymi w garażu i w domu) musza się zmieścić do jednego storage i już.  Następuje selekcja.  Początki są trudne, bo przy każdorazowym otwieraniu torby, czy pudla odnajduje książki, które uwielbiam;  zabawki, które taka radość przynosiły moim dzieciom; ulubione ciuchy (za małe!), itd.  Moja rada – wypij dobra kawę, zrób sobie przerwę i pomyśl, że nic nie musi być spisane na straty.  W ostatecznym rozrachunku, to Ty wygrywasz, bo rzeczy, które Tobie służyły, przydadzą się innym, a Ty w zamian dostaniesz albo nieco $ albo satysfakcję, że możesz pomoc. 

Wszystko, co posiadaliśmy, starałam się zutylizować.  Wszystkie zabawki i ciuszki po dzieciach, moje lepsze ciuchy, buty, torebki, gry, naczynia, dosłownie wszystko, co było w dobrym stanie powędrowało do paczek, które wysłaliśmy na Filipiny, gdzie mieszka rodzina męża.  Wiem, ze komuś się to wszystko tam przyda.  Jeśli nie znasz osobiście kogoś, kto może skorzystać, to po prostu ogłoś na lokalnej platformie internetowej (na przykład olx), że oddasz rzeczy za darmo, a telefon zaraz zadzwoni.

Garaż.  Proces przebiegał podobnie, jak wyżej.  Różnica polegała na tym, ze rzeczy w garażu, z tytułu małego oddalenia, niby były dla nas ważniejsze.  Ale nic, jak już, to już.  To, co się nadawało, wsadziłam do kolejnych pudeł na Filipiny, reszta została ładnie wystawiona na ulice.  W Stanach jest to bardzo normalne, że ludzie wystawiają nieużywane rzeczy na ulice.  Nie ma w tym żadnego wstydu, żeby z tego korzystać.  Sama w ten sposób nagromadziłam wiele skarbów 🙂 

Na przykład, dwa wózki, ciuszki dla dzieci, ekspres do kawy, walizki – to znalazło się pomiędzy moimi znaleziskami.  Ubrania, meble i rzeczy domowego użytku są w Stanach dość tanie i ludzie kupują dużo i często.  W ten sposób, nie ma też oporów, aby się „starych” rzeczy pozbywać i kupować nowe.  Tak powstała wręcz kultura tzw. yard/garage sales, czy też wystawiania rzeczy po prostu na ulice.

Dom.  Tu się pojawiły schody.  Dosłownie i w przenośni 🙂  Wszystko wydawało się ważne i nie do wydania/sprzedania.  Trzeba było postąpić radykalnie, czyli w moim przypadku, zatrudnić męża do współdecydowania 🙂  Krótka piłka.  Wystawiamy meble, sprzęty na giełdę internetową, dajemy sobie 3 tygodnie na ich sprzedanie.  Jeśli nie będzie chętnych, wydajemy…

Poooszło! Zostały 3 walizki po 23kg każda, oraz 4 bagaże podręczne, czyli tyle ile mogliśmy załadować do samolotu.  Nie pozostało już nic innego, tylko…  do startu, gotowi, fruuuuuuuuuuuuuuu!

W telegraficznym skrócie…

50% rzeczy sprzedaliśmy poprzez lokalną sąsiedzką platformę internetowa – #MomsOnTheHill, poprzez miejska platformę ogłoszeń craigslist (polskie olx) oraz po prostu robiąc tzw. yard sale, czyli jebs przed dom i bierzta mi za grosze.  Kolejne 25% rzeczy wydaliśmy ludziom nam znanym i nieznajomym, którzy mogli z nich skorzystać, 10% zatrzymaliśmy w storage (głownie rzeczy naznaczone dość mocnym sentymentem), 10% zapakowaliśmy do auta, które wysłaliśmy do Europy, a 5% zapakowaliśmy do 3 walizek, które przywieźliśmy ze sobą do Europy.

Cala operacja trwała niecałe 3 miesiące.  W dzień przed wylotem, jeszcze czyściliśmy garaż i wynosiliśmy ostatnie śmieci.  Dom został pozostawiony w dobrych rękach firmy opiekującej się nieruchomościami.  Był tak lśniący, ze wyobrażałam sobie, ze zaraz tam kogoś oświeci i wynajmie momentalnie nasza chatkę 🙂

Nie stało się to od razu, ale stało się.  A wtedy, to my już wybijaliśmy rytm Buleria flamenco popijając lokalne wino sherry w Jerez de la Frontera…  z wielkimi uśmiechami na twarzy i lekkim sercem!

Advertisements

4 thoughts on “ZZA OCEANU NA STARY KONTYNENT!! OPERACJA SPEEDCLEANING

  1. Dziekujemy pieknie za zainteresowanie i komentarze! Zapraszamy do czytania kolejnych wpisow! Jesli macie jakies sugestie, albo uwagi – rowniez dajcie znac! 🙂 FreeElectronHug! 🙂

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.